sobota, 12 czerwca 2010

Takie tam różności

Witaj Blogu po długiej przerwie. Trochę się w międzyczasie działo - i w kraju i na moim podwórku. Za oknem taki upał, że na moim balkonie można teraz z powodzeniem smażyć jajecznicę. Naprawdę trudno w tej chwili wyobrazić sobie te mrozy, w które ostatnio tu zaglądałam.

Od paru dni znowu mam trochę mniej pracy, więc żeby nie uschnąć z nudów i z upału, wymyślam sobie nowe zajęcia. I tak, zaczęłam od naszej osiedlowej zieleni. Osiedle mamy naprawdę piękne, kolorowe i przyjemne dla oka. Otwockie klimaty wśród sosen. Ale - jak to wszędzie statystycznie bywa - w jednych miejscach ludzie dbają o zieleń, a w innych nie. Niestety z powodów, o których nie chce mi się tu pisać, nie mamy wspólnego administratora, który zadbałby o wszystko, więc musimy to robić sami. Nie mogłam już na to patrzeć i pewnej soboty - a było wtedy jeszcze chłodniej - zaczęłam sobie sama porządkować krzaczki ozdobne przy bramie. Byłam ciekawa, czy ktoś zauważy moją inicjatywę, czy będzie jakiś odzew. Kurczę, w końcu ludzie w tylu miejscach Polski potracili wszystko w powodzi, a nam powódź póki co nie grozi, za to inwazja chwastów na pewno. Czy ktoś wreszcie to zauważy? No i parę osób dało się na to złapać. "Ach, jak wspaniale, że ktoś nareszcie się za to wziął", powiedział ktoś przechodząc. "O, czyżby wreszcie zatrudniono firmę ogrodniczą?", zapytał ktoś inny. "Brawo, tak trzymać" - rzucił inny w moją stronę. A ja odpowiadałam im wszystkim: "Zapraszam, zapraszam do pomocy!". "Oj, dziś nie mogę, mam już inne sprawy", odpowiadali przechodnie. W końcu znalazł się sojusznik: "Niech pani wywiesi kartkę, to i ja się dołączę następnym razem". I tak się zaczęło. Wywiesiłam kartkę, zebrałam grupę osób i uprzątnęliśmy kawałek osiedla. Wszyscy się cieszą, że ktoś coś zrobił. Tak zostałam osiedlowym mężem zaufania do spraw zieleni. Teraz zbieram pieniądze "co łaska" od mieszkańców na jej pielęgnację i utrzymanie. I nagle okazało się, jak wielu osobom przeszkadza ten zachwaszczony nieład. Tylko dlaczego każdy używa słów: "ktoś powinien", "trzeba", a nie zrobi czegoś sam? Zobaczymy, ile osób uda mi się zarazić akcją zieleń. Trzymajcie za mnie kciuki.

A co słychać u Pędzla? No cóż, pieskie życie... Dla piesków nastał teraz trudny czas... Gorąco, pić się chce, codziennie połowa sierści zostaje u pani na podłodze, a 10-minutowy spacer męczy jak wyprawa w Himalaje. Najlepsze są zimne okłady na grzbiet. Zresztą zobaczcie sami:

sobota, 30 stycznia 2010

Strefa d€zinformacji, czyli ku przestrodze...

Dzisiejszy dzień obfitował w przygody... konsumenta. Temat prozaiczny - wybrałam się na zakupy, bo w lodówce zostało mi już tylko światło, a i Pędzel właśnie wykończył swoją ostatnią puszkę psich przysmaków. W poszukiwaniu tych ostatnich zajrzałam do niedawno otwartego w Otwocku sklepu Rossmana, który do tej pory uważałam za rozsądny cenowo.

Niestety jednak, wygląda na to, że do otwockiego Rossmana mam pecha, albo to on ma pecha do mnie. Co i raz zdarzają się jakieś wpadki. Kiedyś na przykład dopiero po podliczeniu towaru przy kasie okazało się, że obsługa zapomniała wywiesić informację o tym, że właśnie ta kasa jako jedyna w sklepie nie ma terminala do kart płatniczych. Dzisiaj natomiast to już naprawdę powiało grozą. Wędrując pomiędzy półkami w poszukiwaniu zaplanowanych zakupów, przy okazji zahaczyłam o kilka drobiazgów, które uznałam za przydatne i atrakcyjne cenowo. Wśród nich były jednorazowe obrusy na stół z bardzo ładnym wzorkiem oraz serwetki papierowe. Na wywieszce przy obrusach widniała cena 1,99 za sztukę, a przy serwetkach 0,99 za opakowanie. Wzięłam więc kilka obrusów i jedne serwetki i podeszłam do kasy, wiedząc mniej więcej, ile powinnam zapłacić za całe zakupy. Jakież było moje zdziwienie, gdy po podliczeniu towaru okazało się, że mam zapłacić prawie dwa razy tyle!!! Oczywiście od razu sprawdziłam rachunek i szybko znalazłam przyczynę: za każdy z obrusów policzono mi 11,99, a za serwetki też zupełnie inną cenę!!! Pobiegłam szybko jeszcze raz do regału, na którym się znajdowały. I dopiero teraz do mnie dotarło: cena - owszem - 1,99 i 0,99, ale przy niej zamiast PLN widniał znaczek €!!! Zrobiło mi się słabo... Czyżbym coś przegapiła? Czyżbym gdzieś niechcący nadepnęła na wehikuł czasu, który przeniósł mnie nagle o kilka lat do przodu? Dla pewności zapytałam ochroniarza. A on na to z rozbrajającym uśmiechem: "No bo, proszę pani, w naszym sklepie można płacić w euro lub w złotówkach". Na szczęście zachowałam jednak resztki przytomności, zebrałam się w sobie i poprosiłam o rozmowę panią kierownik sklepu. Okazała się nią być kobieta, która obsługiwała mnie w kasie. Bardzo szybko wyjaśniłyśmy sprawę, a ona bez słowa oddała mi pieniądze. Miałam wrażenie, że jak najszybciej chce się mnie pozbyć ze sklepu. Wszak głośno i wyraźnie - tak aby słyszeli nas inni klienci - zadałam jej parę niewygodnych pytań. Kurs, po jakim została przeliczona ta transakcja, pozostawiam bez komentarza.

Nie jesteśmy jeszcze w strefie euro, ale - jak widać - niektórzy już bardzo za nią tęsknią. Tak bardzo, że przy oferowanym towarze zamieszczają już cenę w wymarzonej, zamiast w naszej poczciwej starej walucie. Swoją drogą, ciekawe, ile osób zrobiło dziś w ten sposób zakupy... Niestety w naszym kraju wciąż trzeba mieć oczy dookoła głowy. Bo licho nie śpi, a pomysłowość ludzka (a szczególnie polska) nie zna granic.

wtorek, 19 stycznia 2010

AVATAR FOREVER

Zewsząd słyszę głosy, skargi i reklamacje, że mało piszę. A tak! Bo i nie bardzo jest o czym, skoro śnieg wszystko skrupulatnie przykrył. :(((

No, ale skoro już tu zajrzałam, to słów kilka o najnowszym filmie Jamesa Camerona. Byłam, widziałam, zailczyłam i - tu z góry przepraszam wszystkich fanów, których te słowa rozczarują - ochów i achów nie będzie. Oczywiście, warto zobaczyć efekty specjalne w 3D, najnowsze osiągnięcia techniki komuterowej itd., ale treści najwyraźniej brak. Zdecydowanie nie ma porównania z filmem "Titanic". Wszak scenariusz do tego ostatniego napisało samo życie, a scenariusz do "AVATARA" - no cóż, chyba ktoś bardzo znudzony, komu nie chciało się wyjść poza oklepane schematy: walkę Dobra ze Złem, w której najlepsze efekty osiąga się wtedy, gdy coś się totalnie rozwali, zburzy, rozbije w drobny mak przy użyciu jak najbardziej wymyślnych rodzajów broni. Upatrzony cel najlepiej osiągnąć idąc po trupach i niszcząc po drodze wszystko, co się napotka. Tak ogólnie zostali przedstawieni - w przeważającej większości Źli i głupi - Ziemianie. Miało być też proekologicznie - mieszkańcy planety Pandora żyją zgodnie z naturą (tu - sprawiedliwie - wielkie brawa dla scenografa oraz za piękne ujęcia), jednak i oni w chwili desperacji, ujeżdżając piękne i kolorowe ptaki, chwytają za broń zdobytą na przeciwniku i to z niej strzelają, zamiast z łuków...

Zewsząd słyszę mnóstwo pochwał i zachwytów nad "AVATAREM". W jednym ze swoich programów pani Małgorzata Domagalik na przykład porównała to "dzieło" do filmu "Czas Apokalipsy" Coppoli. No cóż - jak powiedziała jedna z moich znajomych - "chyba nawdychała się za dużo napalmu o poranku". U Coppoli sceny przemocy czemuś służyły, o czymś opowiadały, jak i cały film, który jest bardzo mocny i poruszający. W "AVATARZE" sceny przemocy (które stanowią 80 procent filmu) moim zdaniem nie służą niczemu.

No cóż, pewnie się starzeję. Ten film na pewno przeznaczony jest dla młodszych widzów. Tylko że - jak każdy dobry film, do którego to miana "AVATAR" niewątpliwie chce pretendować - powinien zawierać jakieś głębsze przesłanie. Strach pomyśleć, czego może z niego nauczyć się młodzież... Zdecydowanie nie polecam.

Wkrótce wybieram się na "Nine".

środa, 6 stycznia 2010

Poświątecznie

Na wstępie dziękuję wszystkim, którzy odwiedzili mnie wirtualnie i zgotowali ciepłe powitanie. :)) Ciepło jest na wagę złota, bo zima trzyma się lodowatymi pazurami i znowu sypnęła śniegiem, który zgrabnie i szczelnie pokrywa wiele zwykle dobrze widocznych "niedoskonałości".

W związku z tym inspirujących tematów na razie brak. Jedynym wydarzeniem, które wniosło dziś nieco ożywienia na moim osiedlu, była poranna wizyta śmieciary, którą Pędzel - z braku innych psich tematów - dyżurnie obszczekał. Pomyślałam: nareszcie zabiorą nam sprzed okien tę górę papierowo-plastikowych śmieci, które już dawno wykipiały z przeznaczonych na nie pojemników i których nawet często i gęsto padający śnieg nie był w stanie zamaskować. Tymczasem jakież było moje zdziwienie, gdy po rozładowaniu pojemnika na plastiki i na papier panowie z firmy śmieciarskiej szybko wskoczyli do bynajmniej nie wypełnionej po brzegi ciężarówki i... odjechali w siną dal, pozostawiając po sobie dwa puste pojemniki, a przy nich niemałą szeleszczącą stertę butelek i papierów. Ochroniarz, który na to wszystko wyjrzał z dyżurki, rozłożył bezradnie ręce: "No i widzi pani, znowu to samo. Już tyle razy zwracaliśmy im uwagę, żeby zabierali wszystko, a oni biorą tylko to, co w pojemnikach. Poprzednia ekipa zabierała ze sobą wszystko". Przestałam dziwić się Pędzlowi, że ich obszczekał. W końcu jest profesjonalistą w swoim fachu, więc od razu wyczuł, z kim ma do czynienia. Na szczęście w godzinach popołudniowych "szeleszczący" problem został dyskretnie usunięty przez naszą administrację. Ale piorunujące wrażenie pozostało - zupełnie jak w starej już bardzo historii o kanarku, który "miał jedną nóżkę bardziej". Pozostaje jedynie nadzieja, że nasz zarząd wykaże się refleksem i po tak wykonanej usłudze firma znajdzie na swoim koncie niedopłatę za niedowywóz śmieci.

wtorek, 5 stycznia 2010

Geneza bloga: Pędzel i mapa

Wygląda na to, że w Nowym Anno Domini 2010 dopadło i mnie... No bo czym wolny strzelec może zająć się konstruktywnie w pierwszych dniach stycznia? Wokół zima w pełnej krasie, siarczysty mróz, drogi zasypane śniegiem, a te, które drogowcom przypadkiem i raczej niechcący udało się odśnieżyć, natychmiast pokryły się pojazdami wracających ze świąteczno-noworocznego odpoczynku tak, że ani szpilki z choinki nie wciśniesz... Firmy liczą grudniowy utarg, w sklepach wszędzie remanenty, a ludzie leniwo snują się bez celu, walcząc z resztkami świątecznego kaca. Zleceń na razie brak. Pozostaje więc siedzenie w domu i leczenie zieloną herbatką nadwerężonego świątecznym obżarstwo-lenistwem organizmu. Aby więc zupełnie nie zardzewieć (a może raczej: nie zamarznąć) z nudów, postanowiłam wreszcie zdobyć się na odwagę i dołączyć do grona szacownych blogerów.

Od dawna już miałam ochotę na pisanie, które zawsze lubiłam, ale z różnych przyczyn zaniedbałam. Teraz nadszedł czas na zmiany. O czym będzie ta pisanina? Tego nie zdradzę, bo niczego specjalnie nie planuję. Wszak najlepsze scenariusze pisze samo życie. :))). Zainteresowanym należy się jednak kilka słów wyjaśnienia, skąd wziął się tytuł bloga.

Kilka lat temu przeprowadziłam się z Warszawy do Otwocka. Na początku, jak to w nowym miejscu, zupełnie nikogo nie znałam, więc, aby było mi raźniej, zdecydowałam się na przygarnięcie psa. Pewnego zimowego dnia - pamiętam to jak dziś - pojechałam do pobliskiego Celestynowa w poszukiwaniu swojego nowego przyjaciela. Wędrując pomiędzy rzędami bud i klatek pełnych kosmatych stworzeń spoglądających na mnie tęsknym, pełnym nadziei wzrokiem (co za szkoda, że mogłam przygarnąć tylko jedno z nich!!!), w pewnej chwili dostrzegłam małe, czarne, trochę podpalane szczenię, które energicznie biegało sobie tam i z powrotem, merdając wesoło czarnym ogonkiem z białą końcówką (zupełnie, jakby zamoczyło go w farbie) i ciekawie rozglądając się wokoło. Ten ogonek - podobny do świńskiego, zakręcony na sztywno jak sprężynka - od razu przykuł moją uwagę. I już wiedziałam: to on. Tak oto stałam się właścicielką niedużego mieszanego czworonoga o wdzięcznym imieniu Pędzel.

Od tamtej pory jesteśmy nierozłączni. Gdzie tylko mogę, zabieram go ze sobą na dłuższe i krótsze spacery, dzięki którym udało mi się również zawrzeć kilka nowych znajomości. Jeździmy razem w góry, nad morze i wszędzie gdzie tylko przyjdzie nam ochota, a przyznać trzeba, że takie wędrowanie z czworonogiem to zupełnie inne doświadczenie niż samotne wędrówki: z perspektywy sześciu nóg i dwóch par oczu świat potrafi czasem wyglądać zupełnie inaczej. I dlatego będzie tu trochę o zwierzakach i podróżach oraz wszelkich wynikających z tego konsekwencjach, ale nie tylko...

Niechaj więc pióro samo (a raczej klawiatura sama) prowadzi, a ja witam i pozdrawiam wszystkich, którzy mniej lub bardziej przez przypadek znaleźli się na tej stronie i zapraszam do jej odwiedzania. :)))